piątek, 19 czerwca 2015

Syrop z kwiatu czarnego bzu / Holunderblütensirup


            Mam pewien problem z syropem z kwiatów czarnego bzu. Myślałam, że nie znoszę. Nie, właściwie zawsze go nie znosiłam. Był dla mnie mdły, nudny i nijaki, a od jego aromatu robiło mi się niedobrze. 
Moja niestrudzona mama wyrabiała każdego sezonu dziesiątki litrów tego syropu (bo zdrowy!), zabierała więc nas rok w rok na zbieranie białego kwiecia czarnego bzu, czy ktoś chciał czy nie (ja zawsze wolałam zostać w domu w towarzystwie moich książek, zamiast wdzierać się w leśne krzaki, odpędzając od robactwa, ale nie było zmiłuj). Wszyscy troje musieliśmy jechać i koniec. Dla moich braci pewnie były to fajne wyprawy, dla mnie katorga. Za każdym razem wracaliśmy podrapani, zmęczeni, z twarzami i włosami pełnymi złotego pyłku i czarnych lśniących robaczków, które sobie żyły spokojnie w tych kwiatach, dopóki hałaśliwa gromada nie dopadła drzewka, haratając kwiatostany i łamiąc gałęzie. 
To właściwie jeszcze nie byłoby aż takie dla mnie nieprzyjemne, gdyby nie dopełnienie mojego nieszczęścia -  czyszczenie kwiatków z robaczków, muszek, gąsienic itp. A potem płukanie, suszenie, gotowanie i rozlewanie... Do piwnicy po butelki, a potem znów na dół z pełnymi. I ten zapach... słodki, nużący, wręcz usypiający. Tak, nie cierpiałam syropu z kwiatów bzu. Ani go robić, ani go tym bardziej później pić (ale mam kazała!). Z tego też pewnie powodu, ciesząc się wolnością oraz posiadaniem własnej kuchni, słoików, butelek i własnych wyborów co do przetworów jako osoba dorosła nawet nie pomyślałam, żeby zrobić taki syrop. Aż do poprzedniego czwartku, bo właśnie w czwartek, robiąc moją leśną rundkę na rowerze, zauważyłam pięknie kwitnące czarne bzy... 


I poczułam cudny, kuszący zapach. Ten zapach był inny, ten zapach leśnych kwiatów bzu mnie uwiódł, zamącił mi w nosie i otumanił do tego stopnia, że ja, jego wróg numer jeden, postanowiłam zrobić mój własny syrop i zamknąć ten zapach w butelce. 
Bo chciałam spróbować go z moją ulubioną lekko gazowaną wodą mineralną St. Matthias. Bo w Niemczech jest ten syrop bardzo popularny i mógłby być świetnym podarunkiem. Bo chciałam go dodać do czarnej herbaty. Bo chciałam go dodać do piwa zamiast soku malinowego. Bo w końcu uwielbiam letni koktajl Hugo, którego podstawą jest właśnie on - znienawidzony przeze mnie od dziecka syrop z kwiatów bzu! I wcale nie chodzi mi o delektowanie się nim w zimie, woda z dodatkiem syropu jest cudownym, lekkim napojem, wspaniale orzeźwiającym i cudownie aromatycznym. Mam nadzieję, że udało mi się to w miarę poetycko opisać, ponieważ (od dziś) uważam, że dodatek syropu z kwiatów bzu to poezja w najczystszej postaci.


Składniki:

  • 25-30 kiści kwiatów czarnego bzu (nie przekwitniętych, nie zsuszonych)
  • 4 cytryny (wyszorowane i sparzone)
  • 2 limonki (j.w.)
  • 2 kg cukru
  • 2-3 l wody
  • kwasek cytrynowy (2-3 łyżki, opcjonalnie, ja nie dawałam)


1. Kwiaty - zbieramy kwiaty bardzo ostrożnie, żeby zgubić jak najmniej żółtego pyłku; to właśnie od odpowiada za aromat i zapach, najlepiej zbierać je na skraju lasu lub pól, daleko od szos czy autostrad.
2. Dwie cytryny i limonkę kroimy w plastry, z dwóch pozostałych cytryn i limonki wyciskamy sok, skórek nie wyrzucamy.  
Kwiaty dokładnie oczyszczamy z insektów i lekko otrzepujemy nad rozłożonym ręcznikiem papierowym. Odkrajamy najgrubsze łodyżki, przekładamy kwiaty i plastry cytryny i limonki (razem ze skórkami po odciśnięciu soku) do dużej miski.
3. Cukier (ewentualnie razem z kwaskiem cytrynowym) zalewamy wodą w dużym garnku, zagotowujemy i odstawiamy do wystygnięcia, mieszając od czasu do czasu, chłodnym płynem zalewamy kwiaty, owijamy miskę folią spożywczą, wkładamy do lodówki na 4-5 dni.
U mnie (po 5-u dniach )wyglądało to tak:


 4. Odcedzamy wszystko na gęstym sicie, wyłożonym gęsto tkaną lnianą lub bawełnianą ściereczką, na koniec lekko odciskamy kwiaty i plastry cytryn. Nie należy przejmować się malutkimi muszkami czy innym robactwem, wszystko pozostanie na ścierce i nie ma obaw, że zaszkodzi nam lub wpłynie na smak.
Jeśli na dnie miski powstała skorupa z cukru należy zalać ją filiżanką wody i podgrzać scukrzony sok i przecedzić.
5. Podobno nie trzeba syropu gotować przed zamknięciem butelek ani go pasteryzować, nie zepsuje się. Ja jednak mój doprowadziłam do wrzenia i gorącym napełniałam butelki. 
Bardzo polecam zrobienie własnego syropu, nie tylko uzyskamy wartościowy produkt, ale samo wykonanie to od początku do końca prawdziwa przyjemność! A zapach unoszący się w  mieszkaniu podczas tej przyjemności jest nie do opisania! :)
Korzystałam z przepisu na syrop ze strony www.lecker.de





4 komentarze:

  1. Kasiu, dziękuję za wizytę na moim blogu. Miło Cię "widzieć" po tylu latach :)
    A co do syropu z bzu, to muszę się przyznać bez bicia, że nie piłam nigdy, a widzę, że na blogach jest bardzo dużo przepisów na niego. Mam nadzieję, że kiedyś będę miała ochotę spróbować, zwłaszcza, że ma duże właściwości zdrowotne :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, miło mi ;) ale tam zaraz po tylu latach! Dwóch zaledwie! :) A syrop naprawdę warto zrobić, łatwa rzecz a bardzo przydatna, właśnie skończyłam robić nalewkę na bazie syropu i jeszcze parę innych pomysłów na niego mam; postaram się pokazać wszystko na blogu...
    Pozdrawiam również! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dwa? A wydaje się to wieki całe... Tyle się zmieniło za ten czas :)
    W takim razie będę podpatrywać jakie to nowe przepisy z bzem w roli głównej będziesz wstawiać na bloga :) Może za rok skorzystam z któregoś. A nalewka bardzo mnie zaintrygowała :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zrobiłam właśnie swój pierwszy w tym roku - i zakochałam się od razu :)

    OdpowiedzUsuń

Masz pytania, uwagi, sugestie? Napisz! Będzie mi ogromnie miło, w szczególności jeśli zrealizujesz któryś z moich przepisów. ;)
Lojalnie uprzedzam jednak, że anonimowe komentarze nie będą publikowane ani nie doczekają się mojej odpowiedzi.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...